Zebralismy sie szybko i poszlismy pietro wyzej do naszego nowego “hotelu”. Wczoraj zalatwialismy wszystko z kolesiem, a dzis w recepcji byla jakas kobieta, ktora po angielsku nie za bardzo rozumiala i zaczely sie problemy. Chciala nas ulokowac w kolejnej szafie, ja prawie wpadlam w szal, bo nie moglam w to uwierzyc. W koncu zrozumiala o co chodzi i powiedziala, ze ma dla nas pokoj i zebysmy wrocili po 12, jak sie zwolni. Zjedlismy sniadanie, poszlismy do informacji turystycznej, gdzie na wszelki wypadek zebralismy informacje o zakwaterowaniu, dowiedzielismy sie, ze na Hong Kong Disneyland jestesmy chyba troche za duzi (chlip) i przejrzelismy oferty wycieczek. Slowo daje, ze im tanszy kraj, tym sa drozsze. Az zal wydawac tyle pieniedzy.
Potem przeszlismy sie troche po porcie i postanowilismy wracac do Mirador Mansion. Nasza dzielnica to jedna wielka “zakupownia”, sklep na sklepie, same centra handlowe. Znane marki – Chanel, Prada, D&G, Armani itd itp. Nie wiem, jak tu mozna mowic, ze sprzedaja oni ekskluzywne ubrania, skoro to jest jedna wielka masowka – doslownie sklep na sklepie, Armani na Armanim. Wiekszosc pewnie szyta przez chinskich wyrobnikow (czytalismy w amerykanskim newsweeku bardzo ciekawy artykul na ten temat, jak to np. wloska Prada jest de facto w wiekszosci made in China, alo ze Sri Lanka przoduje w produkcji jeansow, ktore sprzedaje m.in. Levis’owi i Armaniemu. Ciekawe jest to, ze wyprodukowanie jednej pary kosztuje kilka dolarow, a znane firmy sprzedaja je za kilkaset…). Troche zmeczylismy sie przedzieraniem przez tlum na ulicy (musimy sie do tego przyzwyczaic) i nagabywaniem przez podejrzanych typow (kazdy chce nam sprzedac zegarek albo uszyc garnitur). O 12 bylismy z powrotem na 14 pietrze. Na szczescie w recepcji byl facet, z ktorym rozmawialismy wczoraj. Pokazal nam pokoj – okazal sie nie najgorszy, duuuzo wiekszy niz poprzedni. Z lazienka (w wersji kompaktowej oczywiscie), z tv, wi-fi. Zostajemy.
Zostawilismy rzeczy i poszlismy na spacer. Zaczelismy od parku Kowloon – okazal sie bardzo sympatyczny (najfajniejsze byly flamingi:)). Deszcz kropil juz od jakiegos czasu, ale kiedy postanowilismy wyjsc z parku, zaczela sie straszna ulewa – schowalismy sie pod daszkiem razem z innymi ludzmi. Stalismy tak i stalismy, ale wcale nie przestawalo padac. W koncu zdecydowalismy sie wyjsc i schowac w jakims centrum handlowym. Troche pokrecilismy sie po sklepach, ae szybko stwierdzilismy, ze wracamy. Bez sensu tak lazic na sile. Lalo caly wieczor i noc:/
Napisane przez: madziulencja | sierpień 17, 2007
Hong Kong (16.08)
Napisane w Hong Kong